Ostra jazda z przeszkodami

Gymkhana to sport, którego korzeni należy szukać w dawnej Japonii. Początkowo jeźdźcy na koniach omijali tor przeszkód z rozstawionych tyczek. Obecnie konie zostały zastąpione przez motocykle, a dyscyplina zdobywa coraz więcej fanów na całym świecie.

Aby trenować gymkhanę, wystarczy motocykl oraz pusty plac bądź parking, kilka pachołków i odrobina chęci. Pierwsze slalomy, nawrotki i pętle wychodzą bardzo topornie, ujawniając od razu braki w umiejętnościach prowadzenia jednośladu. Wystarczy jednak poświęcić dwie godziny w tygodniu, aby już po dwóch miesiącach dostrzec znaczącą różnicę. Uślizgi kół, hamowanie awaryjne czy jazda w dużym złożeniu przestają przerażać, a zaczynają sprawiać ogromną frajdę. Regularne treningi wyrabiają pamięć mięśniową dlatego potem, na drodze, w sytuacjach stresowych motocyklista reaguje odruchowo. Jednym słowem – gymkhana ratuje życie.

Motocykl

Atrakcyjność gymkhany jako sportu motocyklowego polega głównie na tym, że do jego uprawiania nie jest wymagane specjalistyczne wyposażenie. Chcąc skupić się tylko na poprawie swoich umiejętności, wystarczy zabezpieczyć motocykl gmolami bądź klatką chroniącą motocykl w razie wywrotki, które na początkowym etapie zdarzają się dość często. Trenować należy zawsze w pełnym ubiorze motocyklowym, najlepiej skórzanym. Ubrania tekstylne potrafią szybko przetrzeć się od kontaktu z asfaltem.

Motocykle wykorzystywane do profesjonalnej jazdy w gymkhanie mają więcej modyfikacji. Podwyższone kierownice i spiłowane ograniczniki skrętu poprawiają możliwości szybkiej zmiany kierunku jazdy. Montuje się gymkhanowe klatki chroniące silnik, których konstrukcja nie ogranicza złożenia w zakrętach. Do zbiornika paliwa przykleja się tankgripy – gumy zapobiegające ślizganiu się po baku. Specjalna linka (zrywka), którą motocyklista zaczepia o element swojego ubioru wyłącza zapłon podczas wywrotki.

By poprawić przyspieszenie, zmienia się przełożenia (zębatki), zwiększa obroty jałowe lub elektronicznie modyfikuje mapy zapłonu. Dużo uwagi poświęca się hamulcom, które podczas treningów i zawodów eksploatowane są do granic możliwości. Miękkie klocki, specjalne wyścigowe płyny i przewody w metalowych oplotach to absolutna podstawa. Dobrze ustawione zawieszenie, wysokiej jakości opony i obniżone ciśnienie w kołach poprawiają trakcję i przyczepność. Jednak najlepiej przygotowany motocykl w rękach nieprzygotowanego kierowcy nie pozwoli uzyskać dobrych wyników. Dlatego wszelkie modyfikacje powinno się wprowadzać stopniowo, wraz ze wzrostem swoich umiejętności.

Podstawowa figura – GP8

Trening należy rozpocząć od rozgrzewki. Z reguły przez kilkanaście minut pokonuje się mniejsze i większe slalomy, by rozgrzać opony i zwiększyć ich przyczepność. Trenować można elementy – czyli podstawowe figury występujące w gymkhanie, bądź trasy – połączenie tych figur ustawionych jedna za drugą w dowolnej konfiguracji. Pachołki czerwone omija się z ich lewej strony natomiast niebieskie z prawej. Pachołki dwukolorowe należy okrążyć zgodnie (czerwono-żółte) bądź przeciwnie (niebiesko-żółte) do kierunku wskazówek zegara. Pachołkami żółtymi oznacza się kopertę startu, mety, bramy, pętle, łuki i inne nietypowe figury.

Dużo czasu zawodnicy poświęcają na trening GP8. Jest to ustandaryzowana figura w postaci dwóch pachołków ustawionych od siebie w odległości dwunastu metrów. Konkurencja polega na wykonaniu pięciu ósemek w jak najkrótszym czasie i zatrzymaniu motocykla w kopercie mety. To z pozoru proste zadanie pozwala wytrenować praktycznie każdy aspekt jazdy technicznej.

Osoby bez przygotowania są w stanie wykonać to zadanie w granicach 45 sekund, a profesjonaliści w granicach 28 do 30 sekund. Najlepsi wyczynowcy świata mogą się pochwalić wynikami w okolicach 26 sekund. Możliwość porównania swoich umiejętności z zawodnikami z całego globu jest dużym motywatorem. Figura GP8 jest tak ważna, że stanowi osobną konkurencją rozgrywaną podczas zawodów, które organizowane są kilka razy w roku.

Zawody, w których wystartować mogą zarówno amatorzy, jak i profesjonaliści, to doskonała okazja do sprawdzenia samego siebie, ale też poznania innych zawodników, wymiany doświadczeń i miłego spędzenia czasu w towarzystwie takich samych motocyklowych zapaleńców. To, co czyni ten sport wyjątkowym, jest klimat zaangażowanej społeczności.

System awansu z grupy amatorów do profesjonalistów wymusza ciągłe dążenie do poprawy własnej techniki jazdy. Widać to doskonale po osiąganych czasach i poziomie motocyklistów, który z roku na rok jest coraz wyższy. To właśnie rundy zawodów są tą wisienką na torcie. Zdrowa rywalizacja, chęć wykazania się i adrenalina potrafią uzależnić. A jak takie zawody wyglądają z mojej perspektywy?

Napięcie przed startem

Przygotowania do rundy zaczynam już dzień wcześniej, by na spokojnie się spakować i o niczym nie zapomnieć. Kombinezon, kask, pomiary czasu, woda, batony – gdyby brakło energii – i przede wszystkim kluczyki do motocykla. Kładąc się spać, moje myśli krążą z reguły wokół maszyny: czy wszystko będzie działać? Czy ciśnienie w oponach jest odpowiednie a akumulator naładowany?

Gdy się dojeżdża na miejsce zawodów, z daleka widać pierwszych zawodników rozstawiających swoje maszyny. Człowiek zaczyna się cieszyć, widząc znajome motocykle i tych wariatów, którzy zamiast siedzieć wygodnie w domu na fotelach, wolą całą sobotę spędzać na placu. Uściski, poklepywania po plecach, żółwiki i wielkie uśmiechy zajmują dużo czasu, ale jest to czas dobrze wykorzystany.

Zdjęcie motocykla z przyczepy, sprawdzenie, czy odpala, i marsz na rejestrację. Nie wiem dlaczego, ale z rana zawsze wszyscy bardzo się spieszą, by zacząć jeździć, mimo że konkurs rozpoczyna się dopiero trzy godziny później. Sam też cierpię na tę przypadłość i zaraz po rozstawieniu namiotu pędzę przed siebie na rozpoznanie terenu. Bardzo lubię ten moment, gdy znajome sylwetki zaczynają przemieszczać się na trasach rozgrzewkowych. Oznacza to po prostu, że wreszcie nadszedł „ten” dzień i możemy dać upust swoim skrywanym w manetce gazu i sercu potrzebom.

Amatorzy jadą pierwsi

Na starcie GP8 od razu ustawia się sznurek amatorów, którzy bez rozgrzewki idą na żywioł. Pierwsze wywrotki, pierwsze czasy i pomiary. Profesjonaliści z reguły podjeżdżają ostatni, bo spędzają dużo czasu na rozgrzanie opon i samych siebie.

Po przejechaniu trasy GP8 jest chwila, by porozmawiać z innymi zawodnikami i wypocząć przed konkursem głównym. Przed startem dostajemy mapę z zaznaczoną trasą. Mamy tylko pół godziny na jej zapamiętanie, nie ma też możliwości próbnego przejazdu. Na kilka pozycji przed startem odpalam silnik mojej maszyny. Z każdym zawodnikiem, który zjeżdża z trasy, serce bije coraz szybciej. Dosłownie czuję adrenalinę we krwi. To wewnętrzne napięcie sprawia, że ręce mi drętwieją, a trasa natychmiast ulatnia się z głowy.

Nerwy na najwyższych obrotach

Podjeżdżam na start. Serce rwie w klacie, motocykl wyje na podwyższonych obrotach niczym rumak bojowy gotowy do szarży. Hałas tłumika, który tłumikiem w tej chwili jest już chyba tylko z nazwy i pot spływający po czole. Pytające spojrzenie sędziego – czy jestem gotowy? Przed oczami pojawia się flaga w kratę… i dzieje się coś wspaniałego – w ułamku sekundy cały strach znika, czas zwalnia, a mój motocykl, rycząc, rusza przed siebie. Zawęża się pole widzenia, dłonie i nogi wykonują automatycznie korekty prędkości, głowa wypatruje kolejnych przeszkód na zapamiętanej trasie, a poziom koncentracji jest tak wysoki, że nie widzi się absolutnie nic poza torem jazdy.

Slalom, nawrotka, teraz brama, ciaśniej, niżej, szybciej – to jedyne myśli pojawiające się w mojej głowie. Chemiczny koktajl złożony z adrenaliny, noradrenaliny i kortyzolu podwyższa stężenie glukozy we krwi. Układ nerwowy pracuje na najwyższych obrotach, zwiększając szybkość reakcji i zmieniając poczucie upływającego czasu.

Kolejne pokonywane bezbłędnie przeszkody i wybronione uślizgi kół cieszą. Trudno by nie cieszyły, skoro w tym momencie jeździec i motocykl stanowią jakby jeden organizm. Serce pompuje paliwo, a silnik krew. Mięśnie precyzyjnie odkręcając manetkę kierują maszynę poprzez slalomy, łuki i nawrotki w kierunku mety. W końcu dwa palce zaciskają się mocno na przednim hamulcu i szaleńczy galop rumaka dobiega końca. Dopamina – hormon szczęścia wypełnia ciało i wielki uśmiech pojawia się na twarzy.

Gdy cichnie warkot silnika, magia znika. Czas znowu przyspiesza, oddech zwalnia i znika wrażenie, że jest się nieśmiertelnym. Pot zalewa szyję, czuć ból nadgarstków, które kurczowo operowały manetkami. Bolą uda, którymi zawodnik trzyma się motocykla. Kontuzje powstałe na treningach w wyniku upadków, obtarć i obić zaczynają dawać znać o swoim istnieniu. Zmęczenie przychodzi nagle i niespodziewanie, a zaraz za nim pragnienie. I w tej właśnie chwili człowiek uświadamia sobie jedną bardzo ważną sprawę – że już za chwilę będzie przeżywał to wszystko jeszcze raz. W końcu przejazdy są dwa.

Piotr Ślęzak

fotografie: Karola Tomczyk, Aleksandra Łuczyńska

Comments

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *