Wywiad – Anna Skorupińska (AniaAnka #38)

Wywiad – Anna Skorupińska – Motocyklistka i organizator zawodów.

Jak rozpoczyna się Twoja historia z motocyklami?
Dziadek miał WSK-e, jedyny pojazd w rodzinie. Wszyscy nią jeździli – na plecaka. Czasami dziadek odwoził nas na przystanek autobusowy. Mama z moją siostrą siedziały za dziadkiem, a ja z przodu. Teraz to nie do pomyślenia, ale wtedy najważniejsze było to, że nie musiałyśmy iść pieszo kilku kilometrów.

Potem przyszedł czas na dojazdy do pracy. Kupiłam sobie Rometa, ale kiedy dziadek nie widział, „pożyczałyśmy” z siostrą WSK-e i jeździłyśmy po lesie. Udawało się, dopóki siostra nie wjechała w krowę. Zbiła lampę i wszystko się wydało. To by było na tyle, jeśli chodzi o moje przygody na dwóch kółkach.

No ale chyba nie taki całkowity koniec, skoro obecnie nadal jeździsz?
Już jako mocno dorosła osoba zostałam zaskoczona przez męża informacją, że kupił motocykl. Nie chciał mnie przewieźć, bo nie miałam kasku, ciuchów, a z uwagi na to, że jestem niska, nie sięgałam nawet nogami do ziemi. I miałam patrzeć, jak on się bawi, a ja siedzę w domu?

Zapisałam się na kurs prawa jazdy, żeby udowodnić niedowiarkom, że dam radę jeździć motocyklem pomimo wzrostu. Właściwie na początku zależało mi tylko na tym. Udowodnić sobie i innym, że potrafię, że to nic trudnego. Okazało się, że motocykle teraz są dużo większe niż pamiętana przeze mnie WSK-a (hahaha). Miałam chwile zwątpienia i długo nie dawałam się namówić instruktorowi na wyjazd na miasto.

Ze swojego kursu pamiętam, że bardzo lubiłem plac manewrowy. A jak było z Tobą?
Plac był od początku miejscem, gdzie czułam się dobrze. Ósemki i slalomy mogłam jeździć godzinami. A mój instruktor okazał się fascynatem i zawodnikiem Gymkhany. To on zaprosił mnie na pierwsze zawody. Najpierw byłam kibicem, potem sędzią liniowym. Wtedy poznałam innych zawodników – wspaniałych ludzi, dzięki którym chciałam zostać i być częścią tego sportu.

Rozpoczęłaś treningi?
Nie od razu. Na treningi przyjeżdżałam, żeby pogadać, spotkać się z tą bandą wariatów. Kazali mi trenować, bo gadać można zimą (hahaha). Ciągle słyszałam: „Nie gadaj tyle. Rusz tyłek i trenuj”. Bałam się! „A co jak się wywrócę?”, wszyscy się będą śmiali, przecież ja nic nie potrafię, dopiero prawko zdałam.

Wywrotka jest częścią tego sportu. To żaden powód do wstydu!
Chłopaki się nie poddali, kazali ćwiczyć, a ja im zaufałam. Jakoś tak szybko wystartowałam w pierwszych zawodach. Warszawa – ogrom zawodników, znałam tylko kilka osób. Stres jak na maturze!
„Nie zapamiętam trasy!”. „Wywrócę się!”. Ale z drugiej strony koledzy z treningu, ich wsparcie, doping i wiara, że dam radę.

Pamiętam jakby to było wczoraj. Ostatnie słowa Dzika przed startem: „Dasz radę, tylko trasy nie pomyl i będzie dobrze”. No i pomyliłam, jeden malutki błąd, ale i tak byłam najlepszym debiutantem zawodów. I myślę, że sam start w tych pierwszych zawodach, to był mój największy sukces. Pokonać własny strach, uwierzyć w siebie, złapać bakcyla i zostać.

No i zostałaś! A po rundzie w Katowicach jestem zszokowany jakie postępy zrobiłaś. To efekty jakiejś czarnej magii? A może klimatu zawodów?
To akurat zasługa Blondiego. Jeżdżąc solo trudno jest korygować błędy nie widząc ich. Jak zaczęłam trenować z Adim, słuchać uwag to od razu dało to efekty. Trenuję, żeby móc jeździć na zawody i nie wysłuchiwać gorzkich słów prawdy od wciąż tych samych przyjaciół: „Gdybyś trenowała zamiast gadać, to poszłoby Ci dużo lepiej”.

Dla mnie zawody to ten moment, kiedy mogę spotkać przyjaciół, ludzi podobnych do mnie, wariatów kochających małe asfaltowe place i kilka pachołków. Ludzi, którzy mają zajefajną pasję i potrafią się nią dzielić z każdym, kto tylko będzie miał odwagę o to poprosić.

Zawody to czas, kiedy te wszystkie godziny spędzone na treningach procentują świetną zabawą i poczuciem przynależności, tworzenia wspólnoty. Nie lubię zimy.

Prócz startów działasz też na rzecz Gymkhany od strony organizacyjnej. Udzielasz wywiadów, załatwiasz sponsorów i gonisz ludzi do pracy. Chce Ci się?
Wiem, jestem nienormalna! Ale lubię robić coś dla innych. Chomik zadzwonił w zeszłym sezonie i powiedział: „Anka, co sie tam k**** u Was dzieje? Zrób coś!”. No i zaczęłam robić. W tej chwili gymkhana niejako rządzi życiem moim i mojej rodziny. Kiedy przychodzi wiosna wszystko podporządkowujemy treningom i zawodom. Urlop? Może w październiku, po ostatnich zawodach, albo zimą, jak już naprawdę nie da się jeździć. Obecnie tworzymy federację, będzie póki co więcej pracy. Rund planujemy też więcej niż dotychczas, więc czasu na coś innego niż Gymkhana właściwie nie będzie.

Wielokrotnie Ci mówiłem, że masz najładniejszy motocykl na zawodach. Chyba z zazdrości też sobie kupiłem biały (hah). Na czym jeździsz?
Fabryczna Honda CBR500. Niczego w niej nie modyfikowałam, poza zamontowaniem śrubki do regulacji obrotów. Trochę mi ostatnio podpadła, bo ABS nawalił. Na ostatnich zawodach jeździłam na zblokowanym kole, bo zacisk nie odpuszczał. Pod koniec roku kupiłam CBR600RR. Chcę ją przygotować na przyszły sezon pod Gymkhanę, ale co z tego wyjdzie, zobaczymy.

Słyszałem, że niezły z Ciebie pirat drogowy!
Mój pierwszy sezon na motocyklu. Wracaliśmy z treningu, ja i kolega. Padał deszcz. Zatrzymaliśmy się na światłach na moście, na torowisku. Zapaliło się zielone. Kolega ruszył ale na mokrych szynach wpadł w poślizg i wywrócił się. Jechałam za nim i ten moment: gdy zahamuję to wywrócę motocykl na niego! Więc pojechałam przed siebie w nadziei, że uda się go ominąć. Nie udało się. Trafiłam go kołem w plecy. Miał na plecach żółwia, to chyba uratowało mu kręgosłup. Skończyło się tylko na strachu i poobijanym koledze.

Teraz brzmi to śmiesznie ale wtedy można było się przerazić!
Najgorsze w tym wszystkim było to, że żaden z kierowców samochodów stojących na światłach nie wysiadł i nie zapytał, czy pomóc, czy wszystko ok. NIKT!

Comments

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *